• Główna
  • O mnie
  • O blogu
  • Kontakt
  • Oferta
Wpisz czego szukasz
Vintory

19.3.26

Dzienniki gwiazdowe

 Po lekturze Solaris myślałam, że moja przygoda ze Stanisławem Lemem zakończy na tej pozycji. Jednakże jakiś czas temu postanowiłam, że jednak spróbuję przeczytać coś jeszcze tego autora. Zachęcona poleceniem jednej znanej z show-biznesu osobie postanowiłam dać Mistrzowi drugą szansę. Wybór padł na "Dzienniki gwiazdowe". Czy było warto?



O czym są dzienniki gwiazdowe Stanisława Lema?

„Dzienniki gwiazdowe” to kronika międzyplanetarnych podróży Ijona Tichego – kosmicznego wędrowca będącego intrygującą mieszanką racjonalnego Guliwera i łgarza barona Münchhausena. Na przestrzeni ponad trzydziestu lat Stanisław Lem stworzył cykl, który pod płaszczem fantastycznych przygód i genialnego humoru przemyca bezlitosną analizę ludzkiej natury.

Tichy, odwiedzając odległe galaktyki, napotyka cywilizacje będące krzywym zwierciadłem naszych własnych przywar. Od społeczności zmuszonych do życia pod wodą (błyskotliwa satyra na totalitaryzm), przez planety robotów, aż po spotkania z wynalazcami maszyn czasu i inteligentnego sprzętu domowego – każda podróż jest pretekstem do postawienia fundamentalnych pytań.

To lektura, która ewoluuje wraz z czytelnikiem: zaczyna się jako błyskotliwy żart i groteska, by w późniejszych rozdziałach (jak w „Kongresie futurologicznym”) stać się głęboką, niemal teologiczną refleksją nad kondycją człowieka w obliczu nieskończoności.

Lem w kosmicznym labiryncie: dlaczego „Dzienniki gwiazdowe” to dla mnie zagadka?

Sięgnęłam po „Dzienniki gwiazdowe” mniej więcej pół roku po lekturze „Solaris”. Potrzebowałam czegoś, co pozwoli mi z czystym sumieniem powiedzieć: „Lubię Lema”. Miałam nadzieję na intelektualną przygodę, a dostałam… cóż, wyzwanie, które przerosło moje oczekiwania, choć niekoniecznie w sposób, na jaki liczyłam.

Między geniuszem a chaosem

Nie da się odmówić Stanisławowi Lemowi błyskotliwości. Jego lingwistyczne umiejętności, nieograniczona wyobraźnia i zdolność do obnażania absurdów ludzkiej natury, religii czy polityki są fenomenalne.

Gdzie więc pojawił się zgrzyt? Z każdą kolejną stroną czułam, że ta seria pomysłów zaczyna mnie przytłaczać. O ile początek lektury obiecywał świetną zabawę, o tyle im dalej w las, tym trudniej było mi brnąć przez historie bohatera. To, co miało być lekką, ironiczną satyrą, momentami zamieniało się w groteskę, która – w moim odczuciu – straciła swój ciężar gatunkowy i kierunek.

Przyznaję, że „Solaris” ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Tam mieliśmy do czynienia z zwartą historią niosącą potężny ładunek filozoficzny. W przypadku „Dzienników...” poczułam znużenie. „Komicznie” udziwnione nazwy, specyficzne, bajkowe konstrukcje świata... dla mnie było to zbyt wiele. Miałam wrażenie, że humor jest momentami wymuszony, a całość – choć błyskotliwa w detalach – jako spójna lektura po prostu mnie nie porwała.

Może to kwestia tego, że opowiadania powstawały na przestrzeni wielu lat i konteksty, które kiedyś bawiły, dziś nie zawsze trafiają w punkt? A może po prostu szukam w literaturze Lema czegoś bardziej „zbitego”?


Doceniam kunszt. Podziwiam wyobraźnię. 

Jednak muszę być szczera: to nie jest książka dla mnie. Czytając ją, czułam dysonans – między uznaniem dla inteligencji autora a osobistym zmęczeniem formą. Zostaję z kilkoma błyskotliwymi zakończeniami, które faktycznie robią wrażenie, ale resztę odkładam na półkę z poczuciem, że nasza relacja z „Dziennikami gwiazdowymi” po prostu nie miała prawa się udać.

Mimo szczerych chęci i stosu pozytywnych recenzji, kończyłam tę książkę z lekkim grymasem na twarzy. To najlepszy dowód na to, że nawet najwybitniejsza literatura nie zawsze musi „klikać”. Ten specyficzny, momentami wręcz wymuszony humor po prostu do mnie nie trafił, a nadmiar groteski sprawił, że zamiast frajdy czułam narastające zmęczenie materiału. Ja na razie odstawiam Lema na półkę, czekając na moment, w którym nasze nadajniki nadawać będą na tych samych falach.
Czytaj więcej
on 19.3.26 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Nowsze posty Nowsze posty
Starsze posty Starsze posty

25.11.25

Rodzinna Europa - Czesław Miłosz i podróż po utraconej tożsamości


Po książkę „Rodzinna Europa” sięgnęłam z dwóch powodów. Z jednej strony ze względu na ciekawość i moją polonistyczną duszę, która gdzieś we mnie jest. A z drugiej zajęcia ze Środkowoeuropejskich centrów turystycznych, na jednym z kierunków studiów podsunęły mi pomysł, że może ta pozycja Miłosza przybliży mi tematykę środkowo-wschodniej Europy. Czy książka ma cokolwiek wspólnego z tym regionem? Czy może całkowicie mówi o czymś innym?

O czym jest Rodzinna Europa? 

Jak podaje okładka „Rodzinna Europa” nie jest książką autobiograficzną. To raczej próba zobiektywizowanego, zdystansowanego spojrzenia na własne życie wypływająca z chęci opowiedzenia o szczególnym historycznym i społecznym fenomenie wschodnioeuropejskiej tożsamości. Wyprawa w głąb własnej przeszłości przeradza się tu zatem w uogólnioną, pogłębioną refleksję nad istotą kulturowej odmienności przybysza „z gorszej części Europy”.

„Rodzinna Europa” nie była zwrócona do polskiego czytelnika, choć ten może się z niej sporo dowiedzieć. Była zarówno kazaniem misjonarza wśród dzikich, jak i próbą odpowiedzi na pytanie, kim jestem. Gdybym pochodził z Warszawy czy Krakowa, byłoby mi trochę łatwiej to wyjaśnić. Ja jednak chciałem wprowadzić na mapę literatury cały nasz wschodni galimatias, nawet dla większości polskich czytelników obcy.

Miłosz – człowiek z pogranicza

Trudno mówić o Rodzinnej Europie, nie odwołując się do biografii autora. Czesław Miłosz – poeta, eseista, tłumacz, noblista – to postać, której nie da się zamknąć w jednym zdaniu.

Urodził się w Szetejniach (dzisiejsza Litwa) 30.06.1911 r. Został  wychowany w duchu wielokulturowości, naznaczony doświadczeniem wojny, emigracji i politycznych rozczarowań. Jego życie było podróżą między światem idei a rzeczywistością, w której te idee często upadały.

Miłosz studiował w Wilnie, walczył z okupacją słowem, a po wojnie został dyplomatą PRL, zanim poprosił o azyl polityczny we Francji. Przez lata był objęty cenzurą – w Polsce jego nazwisko było zakazane, a mimo to stał się jednym z najważniejszych głosów XX wieku.

Zmarł 14.08.2004 r. w Krakowie.

Czesław Miłosz  Rodzinna Europa  Recenzja książki  Literatura polska  Eseistyka  Literatura XX wieku  Europa Środkowo-Wschodnia  Tożsamość europejska  Historia idei  Klasyka literatury  Książki o Europie  Oskar Miłosz  Autobiografia i pamiętnik  Kultura i filozofia  Lektury trudne  Nobliści  Polscy pisarze


Moje odczucia po przeczytaniu książki?

Miałam ogromny problem, żeby podejść do napisania recenzji tej książki. Głównie dlatego, że od początku próbowałam znaleźć w niej jakieś mocniejsze odwołanie, nawiązanie do Europy środkowo-wschodniej. Odniosłam wrażenie, że było tego mało i dodatkowo było bardzo ukryte w treści, która opowiadała jednak bardziej o życiu autora. Miała dla mnie silny wydźwięk autobiograficzny. 

Europy Środkowo-Wschodniej była jakoby w tle. Miłosz bardziej analizuje ideę Europy jako tworu niż region sam w sobie. Konkretne miejsca pojawiają się w przebłyskach, takich jak opisy życia na Litwie, w Polsce. A także w opowieściach z podróży po Europie — wycieczki do Francji, Niemiec, Włoch. Zamiast tego  kreuje się krajobraz złożony z refleksji, wspomnień, rozważań o kulturze, historii, tożsamości i świecie, którego już nie ma.

Mnie momentami brakowało konkretów. Miłosz często odpływa w filozoficzne rozważania i analizy, dlaczego dokonywał takich, a nie innych wyborów. Jest to ciekawe, ale im dalej i więcej tego, to w pewnym momencie staje się to lekko nużące. Nie jest to narracja, która prowadzi czytelnika za rękę.

W „Rodzinnej Europie” wybrzmiewa idea samotnego rejsu z kimś, kto – jak powiedział kardynał Wyszyński jest samotnym nawigatorem. Wydaje się, że próbuje zjednać się z jednym, wielkim i nieskończonym przepływem idei, myśli, kultury i historii, o którym pisze. Miłosz balansuje między zafascynowaniem kulturą Zachodu a bólem wykorzenienia. W książce ukazuje się obraz człowieka, który rozumie świat aż za dobrze, przez co nie potrafi w nim w pełni uczestniczyć.

Czytało się to… opornie.

Z tą książką już od pierwszych stron nie było mi do końca po drodze. Styl Miłosza wymagał pełnego skupienia. A i tak ma się wrażenie, że w pewnym momencie skręca w boczną uliczkę filozofii, literatury albo historii. Dodatkowo  czasami brakowało mi przypisów, wyjaśnień, a niektóre wątki wydawały się po prostu zbyt odległe, żeby współczesny czytelnik je zrozumiał. Nie należy do tych autorów, którzy za rękę prowadzą przez labirynt swoich myśli i spostrzeżeń. A czytając tę książkę, miałam momenty zachwytu, ale też znużenia. Miłosz potrafi pisać pięknie, lecz jego styl wymaga skupienia. 

Jednakże ta książka zostawia po sobie cień, ciężar, który zostaje na długo. Nawet jeśli połowa szczegółów nie zostanie w pamięci, go pozostaje wrażenie, że dotknęłaś czegoś ważnego: próby zrozumienia Europy, której już nie ma, i człowieka, który próbował ją opisać.

Zanim sięgniesz po „Rodzinną Europę”

Przed lekturą „Rodzinnej Europy”, warto zadać sobie jedno pytanie: co ja tak naprawdę wiem o Miłoszu? Jednak nie pod względem jego nagród, czy wierszy z podręcznika, ale o nim jako o człowieku. Miłosz w tej książce jest o wiele bardziej złożony. Sam o sobie mówił, że jest katastrofista wyznania rzymskokatolickiego. Właśnie to spowodowało, że czytanie tej książki stanowiło wyzwanie.

Zawsze postrzegałam Miłosza jako poetę, a tutaj odkryłam go jako intelektualistę – historyka idei, który zamiast coś tłumaczyć, częściej z czegoś się tłumaczył. Widać w nim tę wieczną potrzebę rozliczenia z samym sobą, ze swoich decyzji.

W utworze z każdej strony sączy się subtelna gorycz – wobec Polski, wobec historii, wobec samego losu. Jednocześnie ta gorycz nigdy nie dominuje tej opowieść. Jakby chciał ochronić czytelnika przed własnym rozczarowaniem. Może dlatego ta książka jest tak osobista, a jednocześnie tak bardzo zdystansowana – niby o nim, a jakby o kimś innym. I w tym wszystkim pojawiło się dla mnie jedno zaskoczenie: dzięki tej książce poznałam Oskara Miłosza – poetę, krewnego Czesława Miłosza, który dla odmiany czuł się przede wszystkim Litwinem.


Czesław Miłosz  Rodzinna Europa  Recenzja książki  Literatura polska  Eseistyka  Literatura XX wieku  Europa Środkowo-Wschodnia  Tożsamość europejska  Historia idei  Klasyka literatury  Książki o Europie  Oskar Miłosz  Autobiografia i pamiętnik  Kultura i filozofia  Lektury trudne  Nobliści  Polscy pisarze



Podsumowanie:

Dla kogo jest ta książka?

„Rodzinna Europa” na pewno nie jest dla każdego. Jeśli szukasz lekkiej lektury na jeden wieczór — to raczej nie będzie to dobry wybór. Natomiast jeśli interesuje Cię tożsamość, historia idei, filozofia– to pozycja, która Cię wciągnie. Może nie od razu, ale powoli i skutecznie.

Warto też wcześniej sięgnąć po inne dzieła Miłosza – m.in. Zniewolony umysł czy Ziemię Ulro, jak i zapoznać się z jego biografią. To ułatwi zrozumienie jego sposobu myślenia i kontekstu, w jakim pisał.

Czy polecam?

To zależy. Ponieważ nie czyta się jej łatwo. Jednak jeśli w literaturze szukasz czegoś więcej niż historii, Miłosz nie poda tego na tacy… ale pokaże, jak szukać, żeby odnaleźć głębszy sens. 

„Rodzinna Europa” to nie tyle autobiografia, ile spowiedź intelektualisty, która jest skrupulatnie zamaskowana. To podsumowanie wypływające z chęci umiejscowienia się wreszcie na ziemi, która wołała go zbyt długo. To historia człowieka próbującego zrozumieć świat, który rozpadł się na jego oczach. Jest to przede wszystkim książka o tożsamości, samotności i potrzebie przynależności.

Jest to lektura trudna, ale zostawia po sobie ślad. Nie daje łatwych odpowiedzi. Za to daje świadomość, że opowieści o przeszłości i tożsamości zawsze są bardziej skomplikowane, niż chcielibyśmy wierzyć — a Miłosz świetnie pokazuje, jak bardzo.

Czytaj więcej
on 25.11.25 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Nowsze posty Nowsze posty
Starsze posty Starsze posty

10.10.25

"Fenomen poranka” – recenzja. Czy Miracle Morning naprawdę działa?

Lubię w ciągu roku przeczytać kilka książek rozwojowych. Niektóre z nich  pozwalają mi spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy albo dają porządnego kopa do działania. Natomiast inne brzmią po prostu typowe coachingowy bełkot o tym, jak w x dni odmienisz siebie, swoje życie, finanse... (wstaw cokolwiek, co tylko pasuje).  No i właśnie w tej drugiej kategorii, niestety, ląduje u mnie „Fenomen poranka” (Miracle Morning) autorstwa Hala Elroda. Dlaczego? O tym w tej recenzji.

Czytaj więcej
Czytaj więcej
on 10.10.25 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Nowsze posty Nowsze posty
Starsze posty Starsze posty

6.9.25

„Przyjaciółka” B.A. Paris – książka, której finału się nie spodziewasz

„Przyjaciółka” nie była moim pierwszym spotkaniem z B.A. Paris, ale zdecydowanie była powrotem do gatunku, którego bardzo mi brakowało – thrillerów psychologicznych. W trakcie czytania przypomniałam sobie, jak szybko i przyjemnie można wsiąknąć w historię pełną sekretów, niedopowiedzeń i atmosfery niepokoju.

Czy ta książka to jedna z najlepszych w dorobku autorki? Po lekturze mam kilka przemyśleń, które poznasz w tej recenzji.


Czytaj więcej
Czytaj więcej
on 6.9.25 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Nowsze posty Nowsze posty
Starsze posty Starsze posty

14.8.25

„Solaris” Lema – książka, do której trzeba dorosnąć

Pamiętam, jak na ostatnim przed obroną licencjatu egzaminie z polonistyki trafiłam na pytanie o Solaris Lema. Totalnie nie czułam tematu, byłam przemęczona, ogarniałam milion rzeczy naraz i, nie ukrywajmy – leciałam głównie na opracowaniach. Wtedy nie zdałam. W wakacje, przygotowując się do poprawki, zaczęłam przynajmniej czytać streszczenia i fragmenty, żeby coś więcej z tego wynieść. Traf chciał, że na poprawie znów Solaris – tylko tym razem poszło już na tyle dobrze, że zdałam. Obiecałam sobie wtedy, że kiedyś wrócę do tej książki na spokojnie. Bez presji, bez punktów ECTS nad głową.





Recenzja książki „Solaris” – blog Vintory Solaris recenzja  Stanisław Lem Solaris  książki science fiction recenzja  polska literatura science fiction  filozofia w literaturze  książki o samotności  recenzja klasyki literatury  Lem interpretacja  polska fantastyka  klasyka science fiction



O czym właściwie jest to „Solaris”?

Oficjalnie: naukowcy badający dziwną planetę, pokrytą żywym oceanem, który zachowuje się jak obca forma inteligencji. Nieoficjalnie: emocjonalny escape room, w którym Lem zamyka człowieka z jego lękami, traumami i niezdolnością do zrozumienia czegokolwiek poza własnym nosem.

Kris Kelvin ląduje na stacji badawczej, a tam chaos, niepokój i... pojawiające się postaci z przeszłości. Brzmi jak początek thrillera psychologicznego? Trochę tak. Ale zamiast rozwiązywać zagadki, dostajemy filozoficzne rozkminy o poznaniu, egzystencji i samotności. Z małą ilością akcji, za to z dużą dawką: „A może to wszystko jest o mnie?”.

Co właściwie cenię w „Solaris”?

Największe wrażenie zrobił na mnie… ocean. Tak, brzmi absurdalnie, ale serio – ta bezosobowa masa, która nie mówi, nie pisze, nie mruga znacząco oczami jak bohaterowie ambitnych seriali – potrafi więcej, niż niejeden bohater najlepszej powieści. Ocean na Solaris to nie „kosmiczna ciekawostka”, to gigantyczna metafora: dla niepoznawalnego, dla Inności, z którą nie potrafimy wejść w żaden dialog. I to przeraża. Nie dlatego, że jest groźny. Tylko dlatego, że jest kompletnie poza zasięgiem ludzkiego rozumienia.

To w ogóle chyba największa siła tej książki – Lem z chirurgiczną precyzją rozbiera człowieka z iluzji, że wszystko da się opisać, zbadać, sklasyfikować. Bohaterowie próbują. I kończą w rozsypce. A ja jako czytelniczka miałam nieodparte wrażenie, że to nie ocean ich analizuje – tylko oni sami toną we własnych głowach.

Jeśli miałabym znaleźć słowo-klucz do tej powieści, byłaby to niemożność: porozumienia, poznania, bycia pewnym czegokolwiek. Nawet samych siebie. Ta refleksja przyszła powoli, jakby z pewnym opóźnieniem, dopiero po czasie.

Na początku książka bardzo wciągała, tak że żałowałam, że nie przeczytałam jej wcześniej. Jednakże dwa ostatnie rozdziały bardzo mnie zawiodły. Nie pasowały mi do reszty. Zakończenie nie wywarło na mnie żadnego wrażenia, czytałam je na siłę, bo trochę było mi szkoda, że tyle przeczytałam i miałabym nie dokończyć. 

Co zgrzytało?

Na początku książka bardzo wciągała, tak że żałowałam, że nie przeczytałam jej wcześniej. Jednakże dwa ostatnie rozdziały bardzo mnie zawiodły. Nie pasowały mi do reszty.Lem, zamiast zaserwować jakąkolwiek kulminację, rozmywa wszystko w metafizyce i melancholii. Nie oczekiwałam happy endu ani „uratowania świata”, ale jakieś konkretne domknięcie byłoby miło widziane. A tak – zostaje pustka. I nie mówię tu o tej literackiej, tylko o czytelniczym zawieszeniu, które sprawia, że odkładasz książkę i czujesz się trochę, jakby cię oszukano.

Do tego dochodzą postaci – a właściwie ich niedobór. Kris Kelvin ma jakiś psychiczny rys, da się w nim coś odczytać, ale reszta? Jakby Lem ich zarysował ołówkiem, a potem zapomniał dokończyć. Trochę szkoda, bo ten cały dramat psychiczny mógłby naprawdę wybrzmieć mocniej, gdyby miał solidniejsze oparcie w bohaterach z krwi i kości.

Czy ja po prostu nie jestem „za głupia na Lema”?

Być może. Ale z biegiem czasu zaczynam rozumieć, że z „Solaris” to nie jest kwestia intelektu, tylko rezonansu. To książka, która nie krzyczy, tylko szepcze – i to w języku, który trzeba dopiero w sobie odkryć. Kiedy pierwszy raz miałam z nią kontakt – przed obroną licencjatu, zestresowana i zasypana innymi tekstami – była dla mnie jak obca planeta. Nieczytelna, chłodna, odpychająca. Wtedy nie zdałam egzaminu.

Rok później, już bez presji, wróciłam. I choć nadal nie poczułam się przez nią zaproszona, to przynajmniej zrozumiałam jedno: Lem nie pisze po to, żeby go lubić. Pisze po to, żeby się zatrzymać. I pomyśleć.


Recenzja książki „Solaris” – blog Vintory Solaris recenzja  Stanisław Lem Solaris  książki science fiction recenzja  polska literatura science fiction  filozofia w literaturze  książki o samotności  recenzja klasyki literatury  Lem interpretacja  polska fantastyka  klasyka science fiction



Czy teraz rozumiem „Solaris”?

Nie do końca. Ale może właśnie o to chodzi.

Lem napisał książkę, która odmawia bycia zrozumianą. I nie dlatego, że jest niezrozumiała – tylko dlatego, że dotyka czegoś, co wymyka się słowom: obcości, niepoznawalności, samotności, pamięci.
To nie jest science fiction typu Star Wars. To raczej filozoficzna medytacja o tym, jak bardzo nie jesteśmy w stanie zrozumieć innych... ani siebie.

Podsumowując:

 „Solaris” to nie jest książka na jeden wieczór. To książka, którą się czyta długo, myśli się o niej jeszcze dłużej, a zrozumie... być może nigdy w pełni. Jednak może właśnie o to chodzi. Bo nie czyta się jej z wypiekami na twarzy. Ona raczej patrzy na ciebie z chłodnym dystansem i pyta: „I co, naprawdę myślisz, że wszystko da się zrozumieć?”

Czytaj więcej
on 14.8.25 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Nowsze posty Nowsze posty
Starsze posty Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Komentarze (Atom)
Cześć
Jestem Kinga i jestem autorką tego bloga. Jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o mnie to zapraszam do zakładki "O mnie" na górze strony.

Archiwum bloga

Kategorie

Blog (2) Filmy (2) Książki (68) Kultura (9) Podsumowania (9) Przemyślenia (13) Rozwój (4) wywiady (4)

Znajdziesz mnie

  • Instagram
  • Facebook
  • Klub duolife
  • Duolife
  • Spotify

Obserwatorzy

Polub mój profil

Lifestylegirl

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Vintory. Design created with by: Brand&Blogger. All rights reserved.