• Główna
  • O mnie
  • O blogu
  • Kontakt
  • Oferta
Wpisz czego szukasz
Vintory

7.11.26

W cieniu sznurków i fałszywych ról. Recenzja powieści „Marionetka” Sylwiastej Bies

„Wszyscy jesteśmy marionetkami wiszącymi ponad oceanem szaleństwa” – te słowa Alexandra Gordona Smitha idealnie otwierają drzwi do świata, jaki w swojej powieści buduje Sylwia Bies. „Marionetka” to lektura, która nie krzyczy z okładki krwawymi zwrotami akcji. Zamiast tego wciąga czytelnika w powolny, duszny taniec psychologicznego napięcia, w którym nic nie jest takie, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka.





Teatr pozorów i ukryte pęknięcia

Mamy tu do czynienia z labiryntem sekretów. Każdy z bohaterów odgrywa swoją rolę, nakładając maskę, pod którą kryje się lęk, wina lub dawno pogrzebana trauma. Fabuła toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, co początkowo może wywoływać lekkie zagubienie, a skacząca oś czasu momentami wystawia cierpliwość na próbę. Autorka rezygnuje jednak z klasycznego kryminału na rzecz studium relacji międzyludzkich – morderstwo jest tu właściwie wątkiem pobocznym, pretekstem do rozliczenia się z przeszłością.

Największą siłą książki jest bez wątpienia jej klimat. Sylwia Bies buduje go oszczędnymi środkami, stawiając na gęstą atmosferę i psychologiczne podteksty. Zamiast szybkiej akcji dostajemy poczucie, że coś „wisi w powietrzu”, a prosty, przystępny styl ułatwia skupienie się na emocjach, nie zmuszając do walki z formą.

Kiedy ofiara staje się katem

Najbardziej intrygującym elementem powieści jest portret głównej bohaterki. Na pierwszych stronach rysuje się jej obraz jako bezwolnej ofiary okoliczności. Jednak im głębiej wnikamy w tę historię, tym wyraźniej widać, że nie ma tu postaci niewinnych. Granica między oprawcą a skrzywdzonym zaciera się, a bohaterka pokazuje swoje mroczniejsze, trudniejsze do polubienia oblicze.

Szczególnie dobitnie autorka pokazuje toksyczne relacje między dorosłymi a dziećmi. To bolesny obraz tego, jak nieświadomie dorośli potrafią ranić najmłodszych, a przekazywane z pokolenia na pokolenie kłamstwa i traumy tworzą fundament pod życiową katastrofę. Kłamstwo staje się tu niszczycielską siłą – cichą trucizną, która buduje zaufanie z kruchego kryształu, by przy pierwszej lepszej próbie rozbić je w drobny mak.

Lekkość, która ulotniła się za szybko?

Chociaż książka potrafi przyciągnąć uwagę krótkimi rozdziałami i dynamiczną zmianą perspektyw (dzięki czemu czytelnik musi weryfikować swoje podejrzenia), pozostawia po sobie pewien niedosyt. Zakończenie bywa łatwo przewidywalne już na samym początku, a śledztwo prowadzone przez policjantkę gubi się gdzieś w połowie drogi, by powrócić dopiero na finałowych stronach.

Wielowątkowość i rozbudowane tło – od licealnych problemów, przez życie w Irlandii, aż po skomplikowane dramaty rodzinne – miały ogromny potencjał. Niestety, momentami brakuje głębszego wejścia w psychologię postaci. Tematy zostają jedynie dotknięte, a całość „leci” po powierzchni, zamiast mocniej zakorzenić się w głowie czytelnika. To lektura idealna na jeden wieczór – wchodzi gładko, angażuje i pozwala się zresetować, ale po zamknięciu okładki nie zostaje z nami na dłużej.



Dla kogo jest ta książka?

„Marionetka” to solidna, klimatyczna powieść obyczajowa z mocnym zacięciem psychologicznym. Nie znajdziesz tu fajerwerków ani taniej sensacji. Znajdziesz natomiast studium ludzkich słabości, obraz pokiereszowanych przez los rodzin i refleksję nad tym, jak bardzo jesteśmy pacynkami w rękach własnych nawyków i przeszłości.

Czytaj więcej
on 7.11.26 0
Podziel się!
Starsze posty Starsze posty

7.9.26

Zjeść żabę i nie zwariować. Czy klasyk Briana Tracy’ego sprawdza się w praktyce?

Każdy z nas choć raz stanął przed zadaniem, które odkładamy na poniedziałek, mamiąc się nadzieją, że „później” zmieni się w „samoczynnie zrobione”. Brian Tracy w swoim klasycznym poradniku "Zjedz tę żabę! 21 metod podnoszenia wydajności w pracy i zwalczania skłonności do zwlekania”  nazywa ten paraliż prostym, choć niezbyt apetycznym pojęciem — „żabą”. Przekaz jest prosty: zjedz ją od razu z rana, zanim zaczniesz szukać tysiąca zastępczych wymówek, a reszta dnia minie ci z podniesioną głową i poczuciem powrotu do pełnej kontroli nad życiem.

Ale jak to właściwie wygląda w praktyce, kiedy odrzucimy marketingowy zachwyt i spojrzymy na tę lekturę chłodnym, refleksyjnym okiem?

Czytaj więcej
Czytaj więcej
on 7.9.26 0
Podziel się!
Labels:
Książki, Rozwój
Starsze posty Starsze posty

5.8.26

Gdy przeszłość powraca z mroku. Czy warto sięgnąć po „Czerwień” Małgorzaty Sobczak?

Jakie kolory może mieć zło? I przede wszystkim – co pod nimi tak naprawdę skrywamy? Małgorzata Oliwia Sobczak w swojej serii Kolory zła bierze na warsztat odcienie ludzkiej natury, a Czerwień otwiera ten cykl z mocnym, mrocznym akcentem. Gdynia i Sopot to miejsca, które gdzieś chociaż trochę znam, ale w wydaniu Sobczak nabierają całkowicie innego wymiaru. Zamiast szumu fal i beztroskiego spaceru po monciaku dostajemy klimat gęsty od tajemnic. Wszystko zaczyna się w połowie lat 90., kiedy morze wyrzuca na brzeg ciało młodej dziewczyny – córki lokalnej sędzi. Zbrodnia jest potworna, ciało nietypowo okaleczone, a sprawa… nadzwyczaj szybko umorzona. Osiemnaście lat później Trójmiastem wstrząsa kolejna informacja: pojawia się bliźniaczo podobne zabójstwo. Nasuwa się proste, ale niepokojące pytanie: czy morderca przebudził się z długiego snu po osiemnastu latach, czy ktoś po prostu z brutalną precyzją postanowił go naśladować?


Gdy przeszłość powraca z mroku. Czy warto sięgnąć po „Czerwień” Małgorzaty Oliwii Sobcza

Przeszłość, która nie chce odejść

Jest to jedna z tych książek, które naprawdę fajnie się czytało. Konstrukacja powieści opiera się na dwutorowej narracji  – na tym, co działo się w latach 90, a tym, co dzieje się obecnie było dość interesujące. Mają doświadczenie z innymi książkami, które również miały podobną strukturę, tutaj w prównaniu do niektórych takich książek, wszystko fajnie się ze sobą łączy i przenika. Widać, że te dwie akcje mają ze sobą dużo wspólnego, tworzą ze sobą spójny obraz. Stopniowo odsłaniają się powiązania, które początkowo wydają się nieoczywiste.

Fabuła dość ciekawa, ale chyba czegoś mi zabrakło. Może ja po prostu jestem przyzwyczajona do tego typu historii albo po prostu wiele książek zrecenzował i nie potrafię nic mądrego napisać. Końcówka z jednej strony zaskakująca, nieoczywista, ale z drugiej strony wydaje się przewidywalna. Ogólnie książka jest napisana dość zwinnie, lekkim językiem, przez co płynie się przez tę historię. 

Plusem jest to, że nie ma ciągłych morderstw, rozlewu krwi. Czytelnik wchodzi bardziej w świat bohaterów, poznają ich emocje przez co łatwiej jest zrozumieć motywy zbrodni, które się wydarzyły. Elementy układanki były odsłaniane powoli. 

Co kryje się pod czerwoną powierzchnią?

Najmocniejszym punktem tej książki nie jest sama zbrodnia, ale to co dzieje się obok niej. Autorka przedstawia jak czasami młodzi ludzie stąpają po niepewnym gruncie i czasem jedna rozmowa za mało potrafi zniszczyć życie. Bardzo spodobało mi się również to, że autorka nie skupia się wyłącznie na samej zbrodni. To także opowieść o stracie, poczuciu winy, trudnych relacjach i decyzjach, które potrafią wpływać na życie przez wiele lat. Dzięki temu bohaterowie są autentyczni, a ich historie wzbudzają emocje. Ułatwia to zrozumienie motywów, które doprowadziły do tych tragedii.



Gdy przeszłość powraca z mroku. Czy warto sięgnąć po „Czerwień” Małgorzaty Oliwii Sobcza



Czy warto sięgnąć po Czerwień?

Czy mam jakieś „ale”? Wspomniałam o tym wcześniej, ale czytając dużo kryminałów, momentami można poczuć pewne znajome schematy. Finał z jednej strony potrafi zaskoczyć, z drugiej – gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że pewne elementy były do przewidzenia.

Tyle że nie zmienia to faktu, iż przez tę książkę za dobrą i taką, przez którą po prostu się płynie. Sobczak pisze lekko, zwinnie i niezwykle plastycznie. Czerwień to kryminał inteligentny, poukładany i logiczny, który wyróżnia się na tle gatunku właśnie tym psychologicznym tłem i klimatem Trójmiasta. Przypomina o tym, że przeszłość rzadko kiedy naprawdę znika – najczęściej po prostu czeka w ukryciu na odpowiedni moment, by o sobie przypomnieć.

To udany, satysfakcjonujący początek serii. Pierwszy tom zostawia z wyczuwalnym apetytem na więcej, dlatego po kolejne części Kolorów zła sięgnę na pewno.

Czytaj więcej
on 5.8.26 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Starsze posty Starsze posty

14.6.26

Miało być wgniatanie w fotel, wyszedł melodramat. Recenzja „Morderstwa na szlaku” Jenny Blackhurst

Czy brakuje mi czasu na książki? Możliwe. Mimo to jakiś czas temu w moje ręce wpadł głośny thriller psychologiczny „Morderstwo na szlaku” autorstwa Jenny Blackhurst. Opis na okładce kusił klasycznym, sprawdzonym motywem: „Dwie osoby potrafią dochować tajemnicy. O ile jedna z nich jest martwa”. Brzmi jak idealny przepis na bezsenną noc? Też tak myślałam. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej skomplikowana – i, niestety, momentami nużąca.

Jeśli zastanawiasz się, czy ta książka zasługuje na miejsce na Twojej półce, zapraszam na recenzję.

Czytaj więcej
Czytaj więcej
on 14.6.26 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Starsze posty Starsze posty

19.3.26

Dzienniki gwiazdowe Lema

 Po lekturze Solaris myślałam, że moja przygoda ze Stanisławem Lemem zakończy się na tej pozycji. Jednakże jakiś czas temu postanowiłam, że jednak spróbuję przeczytać coś jeszcze tego autora. Zachęcona poleceniem jednej znanej z show-biznesu osobie postanowiłam dać Mistrzowi drugą szansę. Wybór padł na "Dzienniki gwiazdowe". Czy było warto?



O czym są dzienniki gwiazdowe Stanisława Lema?

„Dzienniki gwiazdowe” to kronika międzyplanetarnych podróży Ijona Tichego – kosmicznego wędrowca będącego intrygującą mieszanką racjonalnego Guliwera i łgarza barona Münchhausena. Na przestrzeni ponad trzydziestu lat Stanisław Lem stworzył cykl, który pod płaszczem fantastycznych przygód i genialnego humoru przemyca bezlitosną analizę ludzkiej natury.

Tichy, odwiedzając odległe galaktyki, napotyka cywilizacje będące krzywym zwierciadłem naszych własnych przywar. Od społeczności zmuszonych do życia pod wodą (błyskotliwa satyra na totalitaryzm), przez planety robotów, aż po spotkania z wynalazcami maszyn czasu i inteligentnego sprzętu domowego – każda podróż jest pretekstem do postawienia fundamentalnych pytań.

To lektura, która ewoluuje wraz z czytelnikiem: zaczyna się jako błyskotliwy żart i groteska, by w późniejszych rozdziałach (jak w „Kongresie futurologicznym”) stać się głęboką, niemal teologiczną refleksją nad kondycją człowieka w obliczu nieskończoności.

Lem w kosmicznym labiryncie: dlaczego „Dzienniki gwiazdowe” to dla mnie zagadka?

Sięgnęłam po „Dzienniki gwiazdowe” mniej więcej pół roku po lekturze „Solaris”. Potrzebowałam czegoś, co pozwoli mi z czystym sumieniem powiedzieć: „Lubię Lema”. Miałam nadzieję na intelektualną przygodę, a dostałam… cóż, wyzwanie, które przerosło moje oczekiwania, choć niekoniecznie w sposób, na jaki liczyłam.

Między geniuszem a chaosem

Nie da się odmówić Stanisławowi Lemowi błyskotliwości. Jego lingwistyczne umiejętności, nieograniczona wyobraźnia i zdolność do obnażania absurdów ludzkiej natury, religii czy polityki są fenomenalne.

Gdzie więc pojawił się zgrzyt? Z każdą kolejną stroną czułam, że ta seria pomysłów zaczyna mnie przytłaczać. O ile początek lektury obiecywał świetną zabawę, o tyle im dalej w las, tym trudniej było mi brnąć przez historie bohatera. To, co miało być lekką, ironiczną satyrą, momentami zamieniało się w groteskę, która – w moim odczuciu – straciła swój ciężar gatunkowy i kierunek.

Przyznaję, że „Solaris” ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Tam mieliśmy do czynienia z zwartą historią niosącą potężny ładunek filozoficzny. W przypadku „Dzienników...” poczułam znużenie. „Komicznie” udziwnione nazwy, specyficzne, bajkowe konstrukcje świata... dla mnie było to zbyt wiele. Miałam wrażenie, że humor jest momentami wymuszony, a całość – choć błyskotliwa w detalach – jako spójna lektura po prostu mnie nie porwała.

Może to kwestia tego, że opowiadania powstawały na przestrzeni wielu lat i konteksty, które kiedyś bawiły, dziś nie zawsze trafiają w punkt? A może po prostu szukam w literaturze Lema czegoś bardziej „zbitego”?


Doceniam kunszt. Podziwiam wyobraźnię. 

Jednak muszę być szczera: to nie jest książka dla mnie. Czytając ją, czułam dysonans – między uznaniem dla inteligencji autora a osobistym zmęczeniem formą. Zostaję z kilkoma błyskotliwymi zakończeniami, które faktycznie robią wrażenie, ale resztę odkładam na półkę z poczuciem, że nasza relacja z „Dziennikami gwiazdowymi” po prostu nie miała prawa się udać.

Mimo szczerych chęci i stosu pozytywnych recenzji, kończyłam tę książkę z lekkim grymasem na twarzy. To najlepszy dowód na to, że nawet najwybitniejsza literatura nie zawsze musi „klikać”. Ten specyficzny, momentami wręcz wymuszony humor po prostu do mnie nie trafił, a nadmiar groteski sprawił, że zamiast frajdy czułam narastające zmęczenie materiału. Ja na razie odstawiam Lema na półkę, czekając na moment, w którym nasze nadajniki nadawać będą na tych samych falach.
Czytaj więcej
on 19.3.26 0
Podziel się!
Labels:
Książki
Starsze posty Starsze posty
Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)
Cześć
Jestem Kinga i jestem autorką tego bloga. Jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o mnie to zapraszam do zakładki "O mnie" na górze strony.

Archiwum bloga

Kategorie

Blog (2) Filmy (2) Książki (71) Kultura (9) Podsumowania (9) Przemyślenia (13) Rozwój (5) wywiady (4)

Znajdziesz mnie

  • Instagram
  • Facebook
  • Spotify

Obserwatorzy

Polub mój profil

Lifestylegirl

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Vintory. Design created with by: Brand&Blogger. All rights reserved.