Po lekturze Solaris myślałam, że moja przygoda ze Stanisławem Lemem zakończy na tej pozycji. Jednakże jakiś czas temu postanowiłam, że jednak spróbuję przeczytać coś jeszcze tego autora. Zachęcona poleceniem jednej znanej z show-biznesu osobie postanowiłam dać Mistrzowi drugą szansę. Wybór padł na "Dzienniki gwiazdowe". Czy było warto?
O czym są dzienniki gwiazdowe Stanisława Lema?
„Dzienniki gwiazdowe” to kronika międzyplanetarnych podróży Ijona Tichego – kosmicznego wędrowca będącego intrygującą mieszanką racjonalnego Guliwera i łgarza barona Münchhausena. Na przestrzeni ponad trzydziestu lat Stanisław Lem stworzył cykl, który pod płaszczem fantastycznych przygód i genialnego humoru przemyca bezlitosną analizę ludzkiej natury.
Tichy, odwiedzając odległe galaktyki, napotyka cywilizacje będące krzywym zwierciadłem naszych własnych przywar. Od społeczności zmuszonych do życia pod wodą (błyskotliwa satyra na totalitaryzm), przez planety robotów, aż po spotkania z wynalazcami maszyn czasu i inteligentnego sprzętu domowego – każda podróż jest pretekstem do postawienia fundamentalnych pytań.
To lektura, która ewoluuje wraz z czytelnikiem: zaczyna się jako błyskotliwy żart i groteska, by w późniejszych rozdziałach (jak w „Kongresie futurologicznym”) stać się głęboką, niemal teologiczną refleksją nad kondycją człowieka w obliczu nieskończoności.
Lem w kosmicznym labiryncie: dlaczego „Dzienniki gwiazdowe” to dla mnie zagadka?
Sięgnęłam po „Dzienniki gwiazdowe” mniej więcej pół roku po lekturze „Solaris”. Potrzebowałam czegoś, co pozwoli mi z czystym sumieniem powiedzieć: „Lubię Lema”. Miałam nadzieję na intelektualną przygodę, a dostałam… cóż, wyzwanie, które przerosło moje oczekiwania, choć niekoniecznie w sposób, na jaki liczyłam.
Między geniuszem a chaosem
Nie da się odmówić Stanisławowi Lemowi błyskotliwości. Jego lingwistyczne umiejętności, nieograniczona wyobraźnia i zdolność do obnażania absurdów ludzkiej natury, religii czy polityki są fenomenalne.
Gdzie więc pojawił się zgrzyt? Z każdą kolejną stroną czułam, że ta seria pomysłów zaczyna mnie przytłaczać. O ile początek lektury obiecywał świetną zabawę, o tyle im dalej w las, tym trudniej było mi brnąć przez historie bohatera. To, co miało być lekką, ironiczną satyrą, momentami zamieniało się w groteskę, która – w moim odczuciu – straciła swój ciężar gatunkowy i kierunek.
Przyznaję, że „Solaris” ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Tam mieliśmy do czynienia z zwartą historią niosącą potężny ładunek filozoficzny. W przypadku „Dzienników...” poczułam znużenie. „Komicznie” udziwnione nazwy, specyficzne, bajkowe konstrukcje świata... dla mnie było to zbyt wiele. Miałam wrażenie, że humor jest momentami wymuszony, a całość – choć błyskotliwa w detalach – jako spójna lektura po prostu mnie nie porwała.
Może to kwestia tego, że opowiadania powstawały na przestrzeni wielu lat i konteksty, które kiedyś bawiły, dziś nie zawsze trafiają w punkt? A może po prostu szukam w literaturze Lema czegoś bardziej „zbitego”?
Doceniam kunszt. Podziwiam wyobraźnię.
Jednak muszę być szczera: to nie jest książka dla mnie. Czytając ją, czułam dysonans – między uznaniem dla inteligencji autora a osobistym zmęczeniem formą. Zostaję z kilkoma błyskotliwymi zakończeniami, które faktycznie robią wrażenie, ale resztę odkładam na półkę z poczuciem, że nasza relacja z „Dziennikami gwiazdowymi” po prostu nie miała prawa się udać.
Mimo szczerych chęci i stosu pozytywnych recenzji, kończyłam tę książkę z lekkim grymasem na twarzy. To najlepszy dowód na to, że nawet najwybitniejsza literatura nie zawsze musi „klikać”. Ten specyficzny, momentami wręcz wymuszony humor po prostu do mnie nie trafił, a nadmiar groteski sprawił, że zamiast frajdy czułam narastające zmęczenie materiału. Ja na razie odstawiam Lema na półkę, czekając na moment, w którym nasze nadajniki nadawać będą na tych samych falach.





